Carlos Johnson w B.L.U.E.S. on Halsted
Artur Amol Wojtowicz|Saturday, July 25, 2009
Wczoraj - w piątek, 25 lipca 2009, wybrałem się do Chicago na bluesa. Wybór padł na B.L.U.E.S. on Halsted, czyli najstarszy i zdecydowanie najlepszy klub bluesowy w Chicago.
Cel - zobaczyć i wysłuchać starego znajomego, Carlosa Johnsona. Muzyk to szczególny, nie tylko dlatego, że jest wybitnym gitarzystą i świetnym wokalistą. Jest bowiem Carlos związany bardzo mocno z Polską. I to nie tylko przez noszony z dumą płaszcz z metką `Wólczanka`...
Nie widzieliśmy się bardzo długo, więc radości było co niemiara, był niedźwiadek (choć bez karpika) i zasypywanie się setką pytań.
Dwa soki pomarańczowe później zrobiła się dziewiąta trzydzieści i zaczęła działać magia rajskich dźwięków, no bo rozpoczął się koncert. Nie podejmuję się opowiedzieć tego klimatu. Carlos powinien mieć ksywkę MAGIC (heh, Carlos Magic Johnson). Jak za dotknięciem czarodzejskiej różdżki, kiedy tylko jego palce przebiegły po gryfie, pojawiał się klimat jak z bluesowej baśni. A on opowiadał, gadał, śmiał się i wyczarowywał dla nas miliony barw i wzruszeń.
Johnson posługuje się wysłużonym Gibsonem z taką samą swobodą, z jaką operuje swoim własnym, chropowatym głosem. Troszeczkę odstawał od stawki gitarzysta Vincent, który zastąpił nieobecnego klawiszowca. Vince to dobry muzyk, ale dorównać Johnsonowi jest piekielnie trudno. Sekcja trzymała się rytmu jak Rosjanie Abchazji - a o to przecież w sekcji chodzi. Dialog perkusji z basem był doskonały, ta harmonia nie gubiła się nawet na ułamek sekundy w kaskadach trudnych, gitarowych solówek. Solówek, z których Carlos słynie. Szczególnie tych niesamowitych, cichuteńko granych, jakby szeptanych partii, które wymagają od muzyków doskonałości, bo w takim szepcie żadna fałszywa nuta się nie ukryje.
Wracając jeszcze do klawiszowców Carlosa Johnsona, to odkąd pamiętam, zawsze miał jakieś z nimi problemy. Np w nieistniejącym już Red Rooster jeden po prostu zwinął się w środku setu i wyszedł z klubu :-) I może w innych okolicznościach nie byłoby to aż tak dotkliwe, ale grali wtedy w... duecie! A inni notorycznie się spóźniali...
Popłynęło wczoraj z maleńkiej sceny B.L.U.E.S on Halsted min. piękne i wymagające interakcji publiczności` It`s raining outside`no i mój ulubiony `Train`. Natomiast nie doczekałem się na `Lisę` i `Mama nigdy nie robiła ziemniaków jak te`. Lisa - bo brakowało klawiszowca, (który w tym utworze jest szczególnie ważnym tłem dla solówki), a `Ziemniaków..`, bo chłopaki nie grają ich już niestety od paru lat.
Historia ziemniaków jest taka:
Pętnaście, może nawet trochę więcej lat temu, na zaproszenie Irka Dudka, Carlos Johnson był po raz pierwszy w Polsce. Z jakiegoś powodu nie mogłem zobaczyć jego koncertu w Krakowie ani w Tarnowie, więc pojechałem na następny - do niedległej Dębicy. Każda przerwa (były trzy, o ile dobrze pamiętam) w graniu wiązała się z moimi odwiedzinami muzyków w garderobie - za każdym razem w towarzystwie kelnera dzierżącego wielką tacę zastawioną gęsto kieliszkami. Chłopaki z zespołu Carlosa za kołnierz nie wylewali no i luźna atmosfera na scenie pogłębiała się. Podobnie jak przyjaźń między narodami, bo dbałem, żeby na własnej skórze mogli się przekonać, że Polacy to naród gościnny.
Dopiero dekadę później, podczas opróżniania kolejnej tacy - tym razem o wiele mil na zachód od Dębicy - w przerwie setu jaki był grany w nieitniejącym już klubie Red Rooster na południu Chicago (zaśpiewała wtedy z Carlosem legendarna Etta James - co za głos!), Carlos Johnson opowiedział mi, jakie były konsekwencje naszego dębickiego biesiadowania. Otóż po pamiętnych wydarzeniach w garderobie napisał piosenkę zatytułowaną `MAMA NIGDY NIE ROBIŁA ZIEMNIAKÓW JAK TE` .
Hasło pozostało do dzisiaj - chociaż sam Carlos już od dawna na scenie i podczas przerw spożywa wyłącznie sok pomarańczowy, ciągle zamawiamy u kelnerek ZIEMNIAKI, nieważne, czy mowa o koniaku, kalwadosie czy martini :-)))
Taki oto, jakże nieoczekiwany wpływ na scenę bluesa chicagowskiego, miał pewien koncert zagrany w niewielkiej Dębicy, prawie dwie dekady temu...
Artur Amol Wojtowicz
Carlos Johnson
Zdj.Artur Amol Wojtowicz

Dodaj komentarz
• tekst jest blues'em na temat ...blues'a
dzieki i gratulacje dla autora
czyta się go wibrująco
i bez tacy pełnej "ziemniaków mamusi"...
i z tacą
i z zieloną herbatką....
Saturday, July 25, 2009 | andrzej pacuła
• Tak fantastyczne. Tylko dlaczego Polonusy tak rzadko bywaja w takich miejscach!
Saturday, July 25, 2009 | Wojtek
• Panie Amol,
Bardzo oryginalny, dowcipny tekst. Rzadko tutaj zagladam, ale pana zawsze czytam.
pozdrawiam
Sunday, July 26, 2009 | milosnik muzyki