Czy może nam pan pomóc?

0
994
OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Szedłem wzdłuż płotu przedszkola, do którego 20 lat temu prowadzałem córkę. Na placu bawiły się dzieci. Chłopcy grali w piłkę. Trochę zasłaniały drzewa i krzaki. No i nagle zza nich wyskakuje chłopiec i woła: proszę pana, proszę pana, czy może nam pan pomóc? Piłka nam wypadła za płot i pokazuje płot wewnętrzny, odgradzający plac zabaw od placyku prowadzącego do głównego wejścia. Nie bardzo mogłem od razu zauważyć, więc chłopiec mi opisał: tam przy schodkach. Rzeczywiście – zauważyłem. Pomarańczowa piłka w ciapki wpisała się w kąt pierwszego schodka.

Musiałem wejść na ten placyk, którędy tyle razy z córką szliśmy. Chłopie czekał przy tym poprzecznym płotku. Zapytał czy mogę mu kopnąć, ale nic z tego z torbami w ręku i chorą nogą. Podziękował, gdy mu podałem.

Opowiedziałem mu, że do tego przedszkola chodziła moja córka. W tym miejscu dokładnie, gdzie oni grają ją podnosiłem. Inne dzieci ustawiały się w kolejce, że one też tak chcą! Miłe wspomnienie. Nauczycielka mówiła, że jestem najbardziej całuśnym tatą w przedszkolu. W szatni, koło głównych drzwi wszyscy przychodzący po dzieci się dziwowali, że moja córka umie wiązać sznurowadła butów, po czym brali się do wiązania swoim…. Nie wspomniałem przecież chłopcu, że nie zapobiegło to wszystko pomiataniu mną przez wymiar sprawiedliwości sterowany przez matkę dziecka! Mam nadzieję, że jego nie spotka taka przemoc alienacji rodzicielskiej.

No tak: ja córce powiedziałem, że nic za nią nie zrobię, ale powiem jej jak zrobić. Było to wtedy, gdy przyszła do mnie z nożyczkami i wycinanką: tata zrób mi, bo nie umiem… Pokazałem jej co zrobić i zapowiedziałem, że nic nigdy za nią nie zrobię… Poszła do drugiego pokoju, gdzie siedziała cicho. Po dłuższym czasie przybiegła z tryumfem: tata, sama zrobiłam!

Przypadkowo zrobiłem zdjęcie budującego się wieżowca grochowskiego. Na nim widać plac zabaw, gdzie córkę uczyłem huśtać się … Także tu rzecz polegała na tym, że jej mówiłem co ma robić, a ona pracowicie próbowała się rozhuśtać. Miłe to wspomnienie – widziałem jak sama daje radę! Piszę o tym wszystkim, bo przecież wielu ludzi może to robić, wzmacniając rozwój swoich dzieci. One naprawdę mogą i potrafią. Trzeba je tylko wesprzeć.

Wszystko to nie przeszkodziło jednak matce szkalować mnie potem przed sądem i wykorzystywać jego nieudolność w doborze biegłych, nieprofesjonalizm w ocenie i przewlekłość postepowań do rujnowania moich relacji z córką i do ostatecznego rozwodu z nią. Wiedząc jakie są obyczaje w tym względzie opóźniałem poważniejszą reakcję do sześciu lat córki. Przez ten czas mogła mieć jeszcze w miarę szczęśliwe dzieciństwo i mogłem ją uczyć samodzielności i pomagać w trudnych momentach powodowanych przez matkę. Właśnie po to wyprowadziła się ona z mieszkania, żeby nie było takich możliwości. Żeby mogła szkalować mnie w sądach wg tego, co przeczytała o takich sprawach w gazetach.

Kompletnie nieodpowiedzialne, mimo powtadzania bez sensu deklaracji, że sąd działa w interesie dziecka. Jak można mówić o dobru dziecka, jeśli stosuje się kompletnie nieudolnych parabiegłych, którzy jeszcze nie mogą być zmieniani, bo obowiązuje rejonizacja! Toż lepiej traktowane są samochody, które się zderzą. W razie wątpliwości sąd wzywa innego biegłego i nie trwa to tak długo! Sam tego doświadczyłem jako biegły brutalnie zaatakowany przez radcę prawnego ubezpieczyciela, gdy wykazałem nieudolność ich rzeczoznawcy.

Moje wielkie starania o córkę nie interesowały sądów. Za dobrą monetę brały szkalowanie mnie przez matkę, a także fałszywych świadków, których nie umiały rozpoznać nigdy. Dzięki temu oddali ją poza sferę mojej pomocy, w ręce ludzi, którzy nie wahali się, by uniemożliwiać wszelki kontakt ze mną i prać jej mózg pseudomiłością. Metodami identycznymi z tymi stosowanymi w sektach, gdzie delikwent nigdy nie jest sam. Nawet psychologa potrafią przerobić.

Wszyscy prawnicy wzięli szmal za te poświadczenia nieprawdy. Sądów nie interesowała żadna prawda. Prawnik, który miał mi pomóc zaczął od „porady” – nikt panu dziecka nie da. Oczywiście oznaczało to bardzo dobitnie, że on wie, że sądy są nieuczciwie, albo nieprofesjonalne z założenia, czyli biorą pieniądze za nic, jak i on. Jako człowiek zajmujący się profesjonalizmem i dobrą robotą byłem zszokowany! Żadnej moralności, staranności i choćby próby łagodzenia skutków przewlekłości. Naprawdę nie trzeba zmieniać prawa, żeby dobrze sądzić. Po prostu trzeba umieć!

Tak to nie mogę córce pomóc, ani oczekiwać pomocy od niej, ani teraz ani na starość. Nie potrafi pokonać tego, co z nią zrobił wymiar sprawiedliwości, kochani dziadkowie, mamusia i szkoła, do których się zwracałem o pomoc. Martwią się, że mają ciasno w mieszkaniu i starają znów moim kosztem zadziałać…

Mogę podać chłopcom z jej przedszkola piłkę, a także pomagać znajomemu chłopcu w wieku córki. On stara się pomagać mi i jest mi wdzięczny za każdy drobiazg, który dla niego zrobiłem… Nie miał mu kto powiedzieć jaki to ja zły jestem… Wymiar sprawiedliwości potrafi się odezwać arogancko: tu nie jest żadna pomoc tylko sprawiedliwość. Oczywiście nie ponosi za to nikt odpowiedzialności. Od razu muszę jednak podkreślić, że metodą atakowania sędziów en masse dobrym zmian na pewno się nie wprowadzi. Naprawa systemów wymaga specyficznej wiedzy, a nie chamstwa.

Taka to kultura prawna u nas i szacunek dla godności człowieka już od maleńkości…. Jak długo jeszcze szczęśliwe dzieciństwo będzie przypadkiem, gdy sprawiedliwość nie zepsuje wszystkiego?

RAFAŁ WODZICKI

Fot. Rafał Wodzicki: na zdjęciu grochowskiego wieżowca widać plac zabaw, gdzie córka uczyła się huśtać….

Skomentuj

Prosze wpisz komentarz!
Wpisz Imie: