Drugi etap reformy

1
206

W latach dziewięćdziesiątych niezamierzonym skutkiem tzw. reformy Balcerowicza była degradacja części obszarów wiejskich, zwłaszcza tych, w których głównym pracodawcą były PGR-y. Ich mieszkańcy przegrali w konfrontacji z gospodarką wolnorynkową, a – inaczej niż robotnicy likwidowanych w miastach kombinatów socjalistycznych – nie mieli szans na drugie życie zawodowe.

Dziś przegrywają konfrontację z globalizacją – średnie miasta, oddalone od rozrastających się metropolii na tyle, że nie mogą stać się ich częściami. Polska Akademia Nauk opublikowała niedawno ekspertyzę, z której wynika, że degradacji ulega 122, czyli niemal połowa, z 255 polskich średnich miast (średnie to według PAN miasta mające więcej niż 20 tysięcy mieszkańców, a nie wojewódzkie). W tych 122 miastach mieszka – nadal jeszcze – 5,2 miliona osób.

Degradacja oznacza nie tylko pogorszenie sytuacji społeczno-gospodarczej, ale wręcz utratę funkcji miejskich. Obserwujemy więc spadek liczby mieszkańców, przede wszystkim w wyniku migracji osób młodych i lepiej wykształconych, zanik miejsc pracy, a właściwie większych pracodawców, narastanie patologii, rozpad więzi społecznych i, w końcu, atrofię organizmu miejskiego.

Szczególnie rozpaczliwie wyglądają w tym zestawieniu byłe miasta wojewódzkie. Państwo polskie, przeprowadzając w 1998 r. reformę administracyjną, w wyniku której przestały one być stolicami województw, zapewniało, że zadba o utrzymanie ich poziomu rozwoju społeczno-gospodarczego. Nie zadbało – byłych miast wojewódzkich jest w sumie 31, spośród których aż 20 ma dziś poważne kłopoty.

Degradacja zachodzi w poprzek tradycyjnych podziałów demograficznych Polski według zaborów, Ziem Odzyskanych, ściany wschodniej itd. Najgorzej jest na południu: w pięciu południowych – nie największych przecież – województwach (dolnośląskim, opolskim, śląskim, małopolskim i podkarpackim) znajduje się aż 45 zdegradowanych miast, w których mieszka 2,3 mln osób.

Prawem felietonisty jest szukać związków tej dysproporcji z faktem, iż wśród szesnastu premierów RP tylko dwoje, Jerzy Buzek i Beata Szydło, wywodzi się z województw południowych (dla ścisłości był jeszcze trzeci, Józef Oleksy, który jednak rozpocząwszy studia w stolicy stracił związki z Małopolską). Jak widać, tzw. ekipy rządowe na ogół nie były stamtąd. Degradacja miast, o której mówimy, w niewielkim bowiem stopniu związana jest z jakością władz samorządowych. To państwo powinno bronić słabszych obywateli i słabsze wspólnoty przed skutkami groźnych dla nich procesów społeczno-ekonomicznych. Nasze państwo najwyraźniej nie spełnia takiej roli.

Foto: InfoBus

Maciej Białecki
Wspólnota Samorządowa

1 Komentarz

  1. Warto zwrócić uwagę, że nie można pisać o dawnych miastach wojewódzkich. Sugeruje to, że przedtem stale były wojewódzkie i niepotrzebnie kieruje uwagę w stronę ostatniej reformy podziału administracyjnego. Miałaby być ona winna degradacji miast, które ta się przyzwyczaiły przez 23 lata, że nie mogły żyć w innym podziale. Pamiętajmy o przyczyny wprowadzenia reformy z 1975 r. i drobnego podziału administracyjnego. Nie chodzi też o to, żeby politycy byli stamtąd… Niepokojące też są zapędy obecnego rządu, żeby wprowadzić nowe województwa, bo tam mają takie ambicje (Koszalin i Częstochowa), żeby być województwem. To wszystko przy akurat odwrotnych tendencjach, gdzie zbyt małe jednostki sobie nie radzą. Degradacja małych miast wynika z różnych przyczyn (obserwuję to na Włocławku, z którym jestem związany). To, że się zbiegłą z reformą administracyjną naprawdę nie znaczy, że brak paru urzędników spowodowało np. upadek miejscowego przemysłu, który okazał się niewydolny. Jasne, że są błędy w zarządzaniu. O tym cały czas piszę.

Skomentuj

Prosze wpisz komentarz!
Wpisz Imie: