Katastrofa gibraltarska zupełnie wyjaśniona

2
329
OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Miałem okazję zetknąć się z Mieczysławem Janem Różyckim autorem dogłębnego artykułu na temat katastrofy gibraltarskiej w piśmie Lotnictwo. Przypomniało mi się jak to byli tacy, co dziwili się, że ja tyle piszę w prowadzonych przeze mnie dochodzeniach. Profanom wydaje się, że dochodzenie to tylko taka formalność, aby kogoś ukarać…

Wiadomo, że od lat zajmuję się zarówno katastrofą smoleńską, jak i gibraltarską oraz związkiem między nimi. Zrobiłem analizę i „prezentację” w oparciu o opis płk. Tadeusza Rolskiego, który był w Gibraltarze krótko po katastrofie. Przypomniałem sobie fragmenty książki Gibraltar i Katyń wydanej tuż przed katastrofą smoleńską. Tytuły rozdziałów mówią wszystko: Wypadek czy zamach, Wodowanie… Jak w ogóle można mówić o wodowaniu (naukowcy z Politechniki Warszawskiej z wydziału lotniczego!) skoro na głównym zdjęciu widać, że samolot skapotował! Tak jak w przypadku smoleńskim koła podwozia głównego sterczą do góry! Start był w nocy, bez dostatecznego oświetlenia…

W rozdziale Wypadek czy zamach? przytacza się opinię profesora Jerzego Maryniaka z Politechniki Warszawskiej z 1992 r., członka Państwowej Komisji Badania Wypadków Lotniczych dla Telewizji Polskiej (Rewizja Nadzwyczajna red. Baliszewskiego). Dokonał on wraz z Tomaszem Goetzendorfem-Grabowskim numerycznej symulacji lotu samolotu Sikorskiego AL523 oraz badań laboratoryjnych jego tonięcia. Dalej używa się określenia powód wodowania, sugerując, że samolot próbował osiąść na wodzie! Rozdział zaczyna się zdaniem: oficjalna wersja wypadku jest nie do pogodzenia z prawami fizyki, regułami techniki pilotażu i cechami konstrukcyjnymi samolotu. (…) Jest to twierdzenie niepodważalne – pisze autor. Tego typu zdania i zachowania zobaczyliśmy potem w sprawie smoleńskiej.

Numeryczne symulacje w takim przypadku nie na wiele się zdadzą i mogą prowadzić na manowce. Są one raczej powodowane chęcią unaukowienia ekspertyz, ale także niezrozumieniem, jakie błędy to za sobą niesie. Jak wspomniałem – wypadki w przyziemieniu, pozostawiające dużo śladów trzeba rozważać poczynając od nich. Trzeba po prostu rozumieć ślady, często widoczne na zdjęciach w mediach! W sprawie smoleńskiej za pomocą takich symulacji pan Binienda próbował wmówić rzeczy sprzeczne z niepodważalnymi śladami jakie samolot pozostawił w terenie oraz zdjęciami, powszechnie znanymi. Od razu to pokazywało, że wypadkoznawcą nie jest. Bez żadnej żenady pisał rzeczy kompromitujące. Nie dziwi też, że publikujący zdjęcia nie potrafią ich zinterpretować! Za wszelką cenę chcą wmówić ludziom, że są one dowodami czyjejś złej woli i głupoty.

Następny rozdział książki ma tytuł Wodowanie, czyli sugeruje się dalej, że samolot gibraltarski próbował osiąść na wodzie! Dalej następuje rozbudowane porównanie wypadku z wodowaniem airbusa na rzece Hudson w roku wydania książki. W czwartym punkcie – też zatytułowanym Wodowanie – na całą stronę rozbudowuje się opisy… W piątym punkcie (Efekt końcowy) idzie się na całego: obaj piloci doskonale wykonali swoje (odmienne) zadania, czyli Prchal dokonał zamachu wodując, a na rzece Hudson pilot osiadł na wodzie ratując pasażerów….. W akapicie Wnioski cytuje się radzieckie Izwiestia z ich opisem wodowania samolotu pasażerskiego na Newie w 1963 r. i wspomnieniem dwóch innych takich przypadków z 1972 i 1976 r. Nawet występuje tam Tu-134 (którego pierwszy egzemplarza przyprowadził do Polski ojciec koleżanki z liceum). Na końcu autor wykpiwa Prchala i przytacza różne przypadki wodowań wojennych, nawet płonącymi maszynami z rannymi pilotami. Ostatecznymi autorytetami są „mieszkańcy Gibraltaru”, którzy widzieli tam liczne katastrofy, a tę uznali za dziwną… Ręce opadają, gdy czyta się tego typu „dochodzenia do prawdy”. W Smoleńsku świadkiem np. miał być kierowca przejeżdżającego autobusu….

Dalej mamy żenujące wspominki o tonięciu przez nos po „wodowaniu” i wybuchu! Jest oczywiste, że samolot nie mógł się tam odwrócić na plecy w czasie tonięcia, bo było za płytko. W 2010 r. mieliśmy katastrofę smoleńską, gdzie odżyły wszystkie bajki gibraltarskie. I tu i tam widać brak wiedzy i manipulacje, żeby za wszelką cenę upozorować dochodzenie do prawdy, o pozorowanej fachowości… Pokazać jak to Polacy są biedni i wszyscy na nich nastają – także przy pomocy eksplozji. Bardzo to smutne widowisko! Sprzeciw wobec tego, że strony prawdziwych ekspertów jest z reguły za słaby. Po prostu pukają się w czoło i mają nadzieję, że to wystarczy do sprowadzenia tego typu działalności na margines. Jak widzimy po awanturach smoleńskich – nigdy nie należy odpuszczać, bo kłamstwo powtarzane wkoło ogłupia ludzi. Na marginesie można wspomnieć, że określenia wodowanie używa też płk pilot Rolski, który jednak nie sugeruje żadnych dziwnych rzeczy. Po prostu spisał, co wiedział i chwała mu za to.

No i mamy bardzo dobre opracowanie gibraltarskie Różyckiego. Przez wiele lat gromadził on prawdziwe dowody. Przyznam, że byłem zaskoczony, że jest tyle materiału na temat katastrofy, pozwalającego jednoznacznie ustalić jej jednoznaczny przebieg. Znowu okazało się, że to, co sugerowałem na podstawie materiału szczątkowego, po prostu będąc wypadkoznawcą i inżynierem mechanikiem, uzyskuje takie rozszerzenie. Artykuł musiał być podzielony na dwie części i to bardzo obszerne opublikowane w dwóch zeszłorocznych numerach Lotnictwa. Nic dziwnego – autor chciał właśnie posługiwać się wszystkimi zdobytymi dowodami, żeby uciąć dywagacje. Jest więc moim i wszystkich ekspertów sojusznikiem: obowiązkiem wszytstkich jest walka o prawdę i zwalczanie pseudoekspertów, tworzących mity.

Wiem już, że samolot miał nazwę własną St. Anthony (Św. Antoni!) i był przerobiony do roli transportowej m. in. przez pozbawienie wieżyczki strzelca dziobowego. Miał po prostu swego rodzaju dziób, podobny do okrętowego. Co prawda niekoniecznie ewentualne spotkanie z de Gaullem musiało uratować Sikorskiego, ale to też ważny szczegół, że miało do niego dojść. Niesamowite jest uczucie, że Generała widziałem po wielu latach ja – w Warszawie.

Od samego początku widać też, że okoliczności pilotowania samolotu przez Prchala były całkiem przypadkowe. To Sikorski zażyczył sobie, by samolot pilotował w locie powrotnym ten sam Czech, co w locie tam. W tym celu dokonano jego przesiadki z innego samolotu. W ogóle wyklucza to zmowę z jego udziałem. Za to rodzi inne podejrzenia – związane ze zmianą egzemplarza maszyny na nieznany, o czym autor wspomina. Do różnych egzemplarzy trzeba się po prostu przyzwyczaić, bo mają swoje cechy szczególne. Mogą one mieć szczególne znaczenie w czasie lotów nocnych.

Istotnym czynnikiem mogły być warunki eksploatacyjne lotniska zbudowanego z nagłej, wojennej potrzeby w bardzo niekorzystnym położeniu. Występowały tam warunki meteorologiczne mogące zawsze zakłócić starty samolotów. Można się było tego domyślać już na podstawie zdjęć (niedokończony pas wychodził daleko w morze i w ogóle był na wąskim półwyspie), ale to w artykule jest to opisane expressis verbis. No i zdarzały się tam katastrofy, także liberatorów…

Już tu widzimy, że system eksploatacyjny to jedność: samolot, pas, pogoda, wojna i człowiek (operator, czyli pilot)… Zdjęcie przedstawiające samolot leżący na plecach w płytkiej wodzie, które zainspirowało mnie przed laty, w artykule Mieczysława Różyckiego zostało zamieszczone na samym wstępie. Z opisu dowiadujemy się, że samolot rozleciał się na trzy, a nie dwie części. Nie zauważyłem tego na niewyraźnym zdjęciu, co też świadczy o tym, że ułożyły się one odpowiednio. Można więc przypuszczać, że tylna część uderzyła w wodę z pewnym impetem i stateczniki pionowe spowodowały dodatkowe odłamanie ogona. Tak więc obie części tylne musiały zatonąć od razu.

Zastanawiałem się swego czasu jak to się stało, że Prchal się uratował. W artykule jest odpowiedź. Dlaczego miał tę kamizelkę na sobie, wbrew obyczajowi? Nie wiem. W każdym razie często tak bywa, że nawet z poważnych katastrof wychodzą ludzie bez szwanku. Wszystko zależy od układu sił i odkształceń.

Oczywiście nie jest moim celem streszczanie artykułu z pisma Lotnictwo. Zależy mi za to, żeby wszyscy twórcy bajek smoleńskich, opierających się przecież na bajkach gibraltarskich, zechcieli zapoznać się z tym jak sprawa wygląda na podstawie rzetelnych dowodów. W książce Gibraltar i Katyń można dostrzec to samo myślenie, które potem stanowiło wzorzec dla wiązania katastrofy smoleńskiej, z pobliskim tym razem Katyniem. Fakt, że katastrofa stała się wtedy właśnie gdy Sikorski wszedł w posiadanie wiadomości o mordzie w Katyniu, ale przecież nie ma żadnych dowodów ich związku. Natomiast w sprawie smoleńskiej wręcz wmawia się, że ci, co zginęli polegli za Ojczyznę jak żołnierze zamordowani w Katyniu. Byli nawet w służbie i zamordowani zostali przez Rosjan za pomocą wybuchów (bez nich samolot lądujący we mgle na pewno by był bezpieczny!). Jest to po prostu infantylne naciąganie tych spraw w celu dorabiania sztucznej historii martyrologicznej zawiązanej przez żyjącego bliźniaka i jego klaki.

Niepokojące jest, że uczestniczą w tym ludzie podający się za naukowców. Istotnie, mają nieraz tytuły, jednak czynią szkodę prawdziwym ekspertom dając argumenty ludziom o żadnych kompetencjach. Żaden ekspert nie może być w służbie manipulantów politycznych! Ci atakują ludzi rzetelnych takich jak Mieczysław Jan Różycki, który nawet znalazł dwóch nowych świadków: tych, którzy zbierali szczątki samolotu z morza. Np. jeden „komentator” zaatakował go jako „kolejnego eksperta od wszystkiego”, zamiast zajmować się uczciwą argumentacją lub milczeć, gdy się nie ma zdania. Ekspert przede wszystkim musi wiedzieć czego nie wie.

Mnie wyzywają niektórzy od przyjaciół Anodiny, Tuska i przepisujących z Gazety Wyborczej Michnika. Tak jak i Laska, Artymowicza oraz Millera, którzy są pozostawieni samym sobie przez środowisko. Tytuły naukowe i inne są ważne pod warunkiem, że dotyczą „naszych”, wydaje się ludziom z Podkomisji i politykom ich zaplecza (zawsze wymieniają wszystkie!). Innych należy wg nich atakować ile się da. Np. nie mające pojęcia posłanki mogą wkoło powtarzać historię o Lokerbie i tym, że Holendrzy zabrali zestrzelony samolot z Ukrainy.

Jest to oczywiście absurdalne, bo niejeden amator ma kwalifikacje naukowe. Zawsze przywołuję świetną książkę Gorzka chwała, napisaną przez biznesmena amerykańskiego (b. oficera artylerii na okręcie) pasjonującego się historią, a nie naukowca. Takie walory ma praca Mieczysława Różyckiego! Czemu historycy wędrują po manowcach? Czemu politycy nie potrafią zrozumieć które dochodzenia są prawidłowe?

Eksploatyka nie jest wiedzą hermetyczną. Wielu dochodzi intuicyjnie do jej zasad. Ponieważ jednak eksploatacja to zjawisko powszechne (płk. dr Józef Konieczny, którego czuję się kontynuatorem wręcz opisał eksploatacyjną wizję świata), dla wielu ludzi oznacza to, że „każdy wie”. Fakt, nie można nieeksploatować, ale jest zawsze kwestia jej jakości! No i „wielu ludzi” o tę jakość nie dba, ale za to głośno krzyczy, ubliżając prawdziwym ekspertom. Dlaczego pan Różycki wiedział, że trzeba szukać dowodów i wiedział jak? Pilotem był i ma naprawdę kompetencje. Bez żenady może wchodzić w dyskusje z naukowcami, podającymi się za ekspertów. Można to zobaczyć w radiowym starciu z dr. Kisielewskim, autorem wspomnianej książki Gibraltar i Katyń. Książki ładnie wydanej, udającej dochodzenie w sprawie związków przyczynowo-skutkowych. Kisielewski usiłuje wmówić, że to był zamach w tym Gibraltarze! W ogóle nie rozważa się prędkości ruchu samolotu i głębokości wody, choć widać ją na zdjęciach…

Widać tu jak potrzebna jest dyskusja, ale także rzetelność przy pisaniu książek. Jak instytuty powinny weryfikować jakość swoich ekspertów. Naprawdę ich eksperctwo nie wynika tylko z tytułów, jak niektórym się wydaje. Nie wynika też z tego, czy ktoś jest ekspertem lotniczym! Przypomina to obsadzanie stanowisk zajezdni lokomotyw elektrycznych przez elektryków, którzy nie rozumieją, że każda lokomotywa jest przede wszystkim układem mechanicznym! Katastrofy lotnicze i kolejowe mają wiele elementów z zakresu mechaniki ogólnej. Warto przy okazji wskazać, że ludzie o wysokich kompetencjach eksploatacyjnych potrafią się porozumiewać ponad podziałami wynikającymi z różnych dziedzin, którymi się zajmują. Nie potrzebują awantur i pomników. Jednoczy ich wiedza…

RAFAŁWODZICKI

Literatura:

  • Mieczysław Jan Różycki: Katastrofa gibraltarska. Lotnictwo 1 i 2/2016
  • Progress for Poland: Tadeusz Rolski: Nieco inaczej o wypadku lotniczym w Gibraltarze
  • Tadeusz A. Kisielewski: Gibraltar i Katyń. Dom Wydawniczy Rebis, Kraków 2009
  • Rafał Wodzicki: Katastrofa gibraltarska oczami płk. Rolskiego. eksploatyka.pl , 19.7.2013
  • Allen Paul: Katyń; Stalinowska masakra i tryumf prawdy. Rada Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa oraz Świat Książki, Warszawa 2007
  • Richard M. Watt: Gorzka chwała; Polska i jej los 1918-1939. AMF, Warszawa 2005

Fot. archiwum Mieczysława Różyckiego: Rozbity o dno dziób samolotu, czyli dowód niezbity.

2 Komentarze

  1. Jutro w warszawskim Klubie Księgarza (Rynek) o g. 18:00 ma być inauguracja książki Dariusza Baliszewskiego na temat katastrofy gibraltarskiej. Wszystko wskazuje na to, że my już sprawę rozwiązaliśmy, a inni jeszcze nie…

    • W czasie prezentacji pan Baliszewski dalej mówił o wodowaniu oraz o tym, że nie było paliwa, bo by się ono zapaliło od zrzucanych flar. Fakt, że jest sporo nowych dokumentów. Warto, żeby ktoś fachowy omówił tę książkę (Gibraltar; tajemnice Sikorskiego).

Skomentuj

Prosze wpisz komentarz!
Wpisz Imie: