Kto zarządza strachem Polaków?

0
81

Jakby co, to twardy elektorat PIS wyrzeknie się unijnych pieniędzy. Dobrowolnie złoży wolności obywatelskie. Przyciśnięty – wyjdzie w ogóle z Unii. Nie zamierza też – oczywista oczywistość – walczyć o niezależność sądownictwa, o wolną prasę oraz o swobodę do zgromadzeń.

Uczyni tak, gdyż strach przed utratą tożsamości kulturowej jest silniejszy od innych zagrożeń.

Polski katolik i wyborca PIS jest przekonany, że jego tożsamość oraz biologiczna egzystencja są zagrożone. Cała cywilizacja chrześcijańska jest zagrożona. Wobec tego protesty opozycji odbiera jako mistyfikację, mającą wepchnąć Polaków w “łapy” islamu, zwolenników eutanazji, trzeciej płci i lewactwa.

Co mają do tego sądy, Konstytucja, albo jakiś Trybunał?

Tylko atawistyczny lęk może w krótkim czasie zmobilizować milion wiernych, aby z krzyżami i różańcami utworzyli kordon modlitewny wzdłuż polskich granic. I nie chodziło tylko o ojczyznę. W jej intencji można modlić się w domach i świątyniach. Ale granice kraju mają znaczenie mitologiczne; to bariera, odgradzająca dobro od zła. Stamtąd przychodzi zagłada.

Ludzkim strachem można zarządzać, podkręcając go, jeżeli jest taka konieczność, albo przygaszając.

Najpierw jednak trzeba go z ludzi wydobyć. Niektórym się udaje.

Główny strateg obu zwycięskich kampanii prezydenckich Georga W. Busha, Karl Rove, zaktywizował białych ewangelików z Południa USA sugestią, że demokraci to “gejowska mafia”, która zagraża heteroseksualnej większości. Rove insynuował nawet, że gdy wygra demokratyczny kandydat, to zostanie wprowadzony zakaz czytania Pisma Świętego.

Ten strach już w ludziach tkwił. Rove go tylko reaktywował, podszeptując, że świat, którego obawiają się wierni, właśnie nadchodzi.

To poskutkowało.

W podobny sposób – z równym cynizmem i sprawnością – Jarosław Kaczyński i polski Kościół katolicki przekonali miliony wierzących, że Polsce grozi islamizacja i utrata tożsamości kulturowej. I że tylko PIS i polski katolicyzm, mogą powstrzymać “zarazę”. Przemówienie Kaczyńskiego o nieznanych chorobach i pierwotniakach, które może przywlec uchodźca, to klasyk współczesnego, polskiego rasizmu. Oraz smutny przykład, jak wzbudzać w społeczeństwie strach, a potem wykorzystywać go do celów politycznych.

Silna wiara powinna dać sobie radę z kilkoma ideologami nienawiści.

Ale w naszym kraju stało się inaczej. Polski katolicyzm jest słaby w wierze. Obawia się, że nie przetrwa w zetknięciu z inną kulturą. Dlatego jej unika.

Pisał o tym dużo ksiądz Józef Tischner. Katolicyzm ludowy, wymuszany od najmłodszych lat, nieuświadomiony i obrządkowy, ekskluzywny, powoduje, że polski katolik jest bardziej związany z instytucją Kościoła niż z bliźnim. Kościół – właściwie tylko pośrednik pomiędzy człowiekiem, a Bogiem – jest dzisiaj przeznaczeniem. A przeznaczeniem powinien być drugi człowiek.

Katolik polski podąża za inną ewangelią. Zna przykazania, ale się do nich nie stosuje. Zna religijne pieśni i modlitwy, ale nie potrafi wybaczyć i uwolnić się od nienawiści.

Hierarchowie nie przeciwstawiają się tej tendencji. Frekwencja w świątyniach i posłuszeństwo są dzisiaj ważniejsze niż świadectwo wiary. Oba wskaźniki są zadowalające. Zamiast nadziei i miłości kościoły zapełniają strach i desperacja.

I rację miał profesor biskup Tadeusz Pieronek, nazywając Kościół katolicki “partyjnym”. Oczywiście zarzut nie dotyczy wszystkich, ale zjawisko jest wyraźne. Polski katolik utożsamia często polityczną działalność z religijną powinnością. I głosuje na autorytarny PIS w sposób, w jaki nieraz przyjmuje się komunię: ulegle i obrządkowo. A strach powierza silniejszym i sprytniejszym.

W USA tę ludzką ułomność wykorzystał Karl Rove. W Polsce zajmują się tym Jarosław Kaczyński i polski Kościół.

 

zdjęcie: kościoły.pl

tekst ukazał się na portalu studioopinii.pl

 

Dariusz Wiśniewski

 

 

 

 

Skomentuj

Prosze wpisz komentarz!
Wpisz Imie: