Sceptycznie o młodzieżowym Euro

0
250

Zmagania piłkarskich młodzieżowców, jakie od kilku dni toczą się na polskich stadionach, wchodzą w decydującą fazę. Poznaliśmy pierwszego półfinalistę (Hiszpania), wkrótce poznamy kolejnych. Niestety, szanse polskiej reprezentacji, która dziś zmierzy się z Anglią, oceniam bardzo sceptycznie. Musielibyśmy pokonać rywali co najmniej 2:0 i trzymać kciuki, by w potyczce Słowacji i Szwecji padł remis. Mało to  prawdopodobne.

Turniejowi piłkarskiej młodzieży towarzyszy jednak szum medialny, jakby w kraju odbywał się co najmniej mundial. Wczoraj na próżno szukałem na chyba największym polskim portalu piłkarskim relacji z rozgrywanego w Moskwie niezwykle ciekawego meczu Rosji i  Portugalii, które walczą o Puchar Konfederacji – trofeum o wiele cenniejsze niż laur młodzieżowy. Tymczasem zmagania młodych Czechów i Włochów przedstawiane były minuta po minucie. Bliższa ciału koszula – skoro coś się dzieje nad Wisła, musimy to nagłaśniać na całego. Ciekawe, że do tej pory liczące sobie kilkadziesiąt lat rozgrywki nie były tak skrupulatnie relacjonowane, tak dogłębnie analizowane. Założę się, że kolejne Młodzieżowe Mistrzostwa Europy (za dwa lata) nie wzbudzą nawet jednej czwartej takiego zainteresowania mediów, jak te obecne. Nawet, jeśli zakwalifikuje się na nie kolejne pokolenie polskiej młodzieży.

I nic dziwnego. Duża część gości (a na pewno większość ekip z grona faworytów) nie traktuje nadwiślańskiego czempionatu jako wydarzenia sezonu czy wydarzenia roku. Wielu gwiazdom – piłkarzom młodym, choć o uznanej już marce krajowe federacje dały odpocząć nie chcąc zamęczać ich jakimś turniejem – nazwijmy rzecz po imieniu – drugiego sortu. Anglicy nie wlekli ze sobą całej grupy gwiazd, reprezentantów kraju (Sterling, Alli, Rushford i kilku innych), podobnie, jak i Duńczycy, nasi najbliżsi rywale w meczu eliminacji do mistrzostw świata. Oni wiedzą, że reprezentantom kraju należy się zasłużony odpoczynek po sezonie. Właśnie po to, żeby w nowy weszli odświeżeni, wypoczęci,  głodni piłki. Nieco inaczej ma się sytuacja u Niemców – oni wysłali większość najlepszych juniorów na wspomniany wcześniej Puchar Konfederacji do Rosji, dając zarazem odpocząć największym tuzom. Nic dziwnego, rok temu walczyli na francuskim Euro, za rok będą bronić tytułu mistrza świata. A kiedyś muszą odpocząć, spędzić czas z rodziną, narzeczonymi. Pocieszyć się życiem. Odsapnąć od futbolu.

Tylko w Polsce trwały wielotygodniowe dyskusje, których bohaterem – oczywiście negatywnym – był prezes włoskiego Napoli, pan De Laurentiis. Dlaczego? Bo miał czelność nie puścić na młodzieżowe zmagania swych pracowników, konkretnie – Arkadiusza Milika i Piotra Zielińskiego, reprezentujących – jak najbardziej – Polskę. Myślę, że dobrze się stało, bo ten duet zaliczył wyczerpujący sezon. Co prawda Milik leczył przewlekłą kontuzję, ale Zieliński brylował w meczach ligowych, pucharowych jak i w reprezentacji. Dopiero co zaliczył bardzo dobry występ przeciw Rumunii. Podobnie jak Karol Linetty – ten akurat znalazł się w młodzieżowej kadrze trenera Dorny. Fakt, jest obecnie najlepszy w całej słabej i bezbarwnej drużynie. A;e może lepiej byłoby, gdyby sobie zwyczajnie odpoczął przed kolejnym, długim sezonem?

Kto to wie, czy panu De Laurentiisowi nie podziękujemy jeszcze wylewnie za  decyzję dotyczącą wysłania naszych asów na urlop?. Może już po eliminacyjnych meczach we wrześniu, a może dopiero za rok – po mistrzostwach świata? A może… może po prostu za rzekomym spiskiem neapolitańskiego prezesa  stoi prezes PZPN Boniek? I selekcjoner Nawałka? Obaj zdający sobie sprawę, że ani Milik ami Zieliński nie mają już niczego do udowadniania w juniorskim gronie, bo i po co? Trudno jednak kibiców – fantastycznie dopingujących biało-czerwonych – nabijać w butelkę. Chcą mieć swoje święto, kupili bilety… Niech będzie wina de Laurentiisa. Nie zdziwiłbym się, gdyby kiedyś wyszło na jaw, że to zwykła ściema Bońka. I nie miałbym do niego najmniejszych pretensji…

 

Ktoś może zripostować – ale przecież Hiszpanie i Włosi wysłali na polskie stadiony bodaj  wszystkich najlepszych młodzieżowców. I będzie miał rację! Rzecz w tym, że i jedni, i drudzy od dziesięcioleci przywiązują ogromne znaczenie do młodzieżowej rywalizacji. Łącznie oba te narody wygrywały młodzieżowe zmagania bodaj dziewięciokrotnie a co dojrzalsi kibice pamiętają jeszcze olimpiadę w Barcelonie – ha! Wiąże się to po prostu z ichniejszą filozofią futbolu – często opiekunowie młodzieżówki zostają szefami pierwszych reprezentacji, w naturalny sposób pociągając za sobą podopiecznych. We Włoszech takimi selekcjonerami byli – i to z jakimi sukcesami! – choćby Bearzot, Vicini czy Maldini (Cesare), w Hiszpanii: Clemente, Saez a obecnie Jose Lopetegui. W Polsce takich tradycji nie ma. Bo po prostu nie dysponujemy aż takim potencjałem piłkarskim jak południowe potęgi. Przy tym rozgrywki ligowe ruszają w tych krajach dopiero w drugiej połowie sierpnia. Zatem czerwcowe galopady młodzieży nie pozbawiają ich wakacji. Najwyżej wznowią letnie treningi w klubach z tygodniowym opóźnieniem.

Pamiętam, jak we wrześniu 2014 roku krytykowano Adama Nawałkę, że powołał na mecz z Gibraltarem Arkadiusza Milika, osłabiając tym samym drużynę młodzieżową, która walczyła o awans na olimpiadę w Rio de Janeiro. Niedoszli olimpijczycy minimalnie przegrali swe zmagania. – Przecież  i bez Milika w składzie łatwo ogralibyśmy amatorów z Gibraltaru. A tak straciliśmy szansę uczestnictwa w Igrzyskach – argumentowano. Niby fakt, ale perspektywicznie patrzący szkoleniowiec dał po prostu szansę zgrać się Milikowi z Robertem Lewandowskim. Efekty przyszły szybko, bo już miesiąc później w pamiętnym meczu z Niemcami, wygranym 2:0.

Pamiętam też juniorskie mistrzostwa świata z roku 2007. Wówczas w polskim ataku grali Patryk Małecki i Dawid Janczyk. W składzie nie było (i nikt tego nie kwestionował!): Glika, Pazdana, Jędrzejczyka, Lewandowskiego czy Mączyńskiego. A przecież z racji wieku jak najbardziej kwalifikowali się do uczestnictwa w rozgrywanych w Kanadzie mistrzostwach. Kamil Grosicki sam zrezygnował z udziału w tamtej imprezie, tłumacząc się dopinaniem transferu. Paradoks – nieobecni dziś stanowią trzon reprezentacji trenowanej przez Nawałkę, a o większości naszych reprezentantów z 2007 piłkarski świat już zapomniał. Z dwoma wszak  wyjątkami – 17-letnimi wtedy Grzegorzem  Krychowiakiem  (autorem  przepięknej bramki w wygranym z Brazylią) i rezerwowym bramkarze, Wojciechem Szczęsnym. Obaj mieszkali w jednym pokoju, co zaowocowało przyjaźnią trwającą do dziś. Wystarczy prześledzić, jak dziś obaj wspierają się w roli dorosłych już kadrowiczów. Nierzadko przekomarzają się przed kamerami, zawsze jednak dodają sobie otuchy. Zdają sobie sprawę ze wspólnych celów. Napędzają drużynę narodową. Na boisku, ale i w mediach.

I właśnie dlatego młodzieżowe zmagania mają sens. Nie trzeba spinać się na wynik, prężyć muskuły i deklarować walkę o mistrzostwo. Biadolić, że najlepsi odpoczywają po wyczerpującym sezonie. Na siłę fundować im kolejne tygodnie zgrupowań. Niekiedy wystarczy, że zawiążą się przyjaźnie, które nawet po latach przełożą się na grunt reprezentacyjny. Nawet kosztem braku medalu Nawet wstydliwym, jak chcieliby niektórzy, “brakiem wyjścia z grupy”.  Bo przynajmniej wskutek tego Linetty zaliczy skrócone, bo skrócone, ale jakiekolwiek wakacje. Niech to zrobi teraz. Rok temu miał krótkie, bo nasza reprezentacja grała we Francji. Oby za rok miał jeszcze krótsze – z podobnych powodów. Najlepiej, niech pojedzie sobie już jutro. Bez względu na wynik meczu z Anglią. Choć kciuki będziemy przecież trzymać.

wideo:Łączy nas piłka

Foto: Piłkarski Świat

Jerzy Filipkowski

Skomentuj

Prosze wpisz komentarz!
Wpisz Imie: