Święta Wielkanocne

0
298

Święta Wielkanocne to najstarsze i najważniejsze święto chrześcijańskie.  Jest ono „świętem ruchomym”, dlatego co roku przypada innego dnia, ale zawsze pomiędzy 22 marca a 25 kwietnia.  W obecnym roku jest ono obchodzone pierwszego dnia kwietnia.

Wielkanoc najlepiej smakuje w gronie rodziny i najbliższych przyjaciół. Tradycyjnymi świątecznymi potrawami są żurek i pieczona biała kiełbasa, szynka, różnorodne sałatki oraz faszerowane jajka.  Konieczna jest też ćwikła jako wspaniały dodatek do kiełbas oraz słodkości, wśród których nie może zabraknąć mazurka, sernika czy baby wielkanocnej.

Jak obchodzono te święta w dawnej Polsce?  Bardzo hucznie!  Najchętniej świętowano w gronie bliskich i w towarzystwie licznych znajomych, kiedy to sześć długich tygodni postu kończono niewiarygodnym i niekończącym się obżarstwem.

Wielki Piątek był dniem postu absolutnego.  Zaczynano więc skromniutko od herbaty bez cukru.  Później zasiadano do wielkopostnego śniadanka, gdzie królowały ryby: karp po żydowsku czyli w galarecie, szczupak nadziewany i lin na niebiesko.  Były również ziemniaczki w mundurkach.  Wszystko to zakrapiano domową siwuchą, żeby „rybka nie pomyślała, że psy ją żreją” jak mówiono.  I tak na tym „poście absolutnym” mijał dzień.

Wielka Sobota, zgodnie z przepisami Kościoła, od godziny dwunastej w południe znosi post i można już jeść wszystko (!) na co ma się ochotę.  Tradycja jednak powiada, że to dopiero po święceniu zasiadać wypada do świątecznego podwieczorku.  Zasiadano więc do stołu przykrytego śnieżnobiałym obrusem i udekorowanego mirtem około trzeciej czy czwartej po południu.  Stół ozdabiały nie tylko góry pisanek pięknie malowanych, ale i maślany baranek z oczkami z pieprzu.  Do uczty zapraszało pieczone prosię z jabłuszkiem w ryjku otoczone szczupakiem faszerowanym, karpiem po żydowsku, sielawą w galarecie i tym, co tam jeszcze rybacy złowili.  Stał też półmisek zimnych wędlin wędzonych w jałowcu, była szynka gotowana, szynki surowe wędzone, balerony, boczek silnie podwędzony i kiełbas kilka rodzajów, a w tym biała kiełbasa pięknie ziołami pachnąca.  Były też półgęski czyli mięso ze specjalnie tuczonych gęsi z wyglądu do baleronów podobne.  Z tychże gęsi robione, stały też wyborne pasztety z grzybami, a obok nich pieczone polędwice, schaby i plastry pieczonej w węglu drzewnym baraniny.  Między tymi nad wyraz smakowicie wyglądającymi i pachnącymi półmiskami porozstawiane były miseczki  z domowej roboty majonezem, chrzanem i ćwikłą oraz cumberland przygotowany na galaretce z czerwonych porzeczek.  Były też grzybki w occie, rydze kiszone w dębowej beczce, cebule i warzywka na ostro, marynowane gruszki i ogóreczki, ząbki czosnku kiszone z chrzanem i konfitura do mięs z drylowanych (!) porzeczek.

Obok głównego stołu stał jeszcze stół pomocniczy, a na nim ciast bez liku, wśród których królował bakaliowy mazurek na opłatku.  Stała tam też baba piaskowa używana do tak zwanej „pijanej babki”.  Kawałek takiej baby polewało się obficie tokajem, posypywało tartą czekoladą i zajadało łyżeczką.

Po sobocie nadchodził Wielkanocny niedzielny poranek, kiedy to w przydomowym ogrodzie zbierało się całe towarzystwo na poszukiwanie tego, co podrzucił zając.  Obok czekoladowych jajek i zajączków znajdowano czasem bardzo kosztowne prezenty.  Zwyczaj ten, przejęty z kościoła wschodniego, dość mocno zadomowił się na wschodnich ziemiach w polskich rodzinach.

I znowu do stołu!  Niedzielne śniadanko, rozpoczynane dzieleniem się jajkiem, było powtórką wielkiego obżarstwa z poprzedniego dnia.  Co komu smakuje, tym się nie otruje” – mówi stare polskie przysłowie.  Łatwo jednak wyobrazić sobie wielką ludzką udrękę przy tych bogato i smakowicie zastawionych  stołach…  Towarzystwo, w długim okresie postu karmione jedynie żurem i śledziem, na widok takich delicji na pewno nie umiało się pohamować w jedzeniu!  Żołądki odzwyczajone od takiej ilości i jakości jadła musiały pęcznieć i „pękać” z przejedzenia!

A jeśli komuś żołądeczek naprawdę zaczynał odmawiać posłuszeństwa, był na to sposób.  Pani domu zawsze miała pod ręką dziwnie ciemną i gęstawą miksturkę o intensywnym ziołowym i alkoholowym zapachu.  Miksturka ta lekarstewkiem zwana dziwnym sposobem, po paru minutach, niesamowitą ulgę dawała i sprawiała, że… wracał apetyt!  I znowu można się było wszelakimi pysznościami bez umiaru delektować.

Tak mijała niedziela i „dożywało się” do lanego poniedziałku czyli dyngusa, tradycji znanej w Polsce już od czasów Średniowiecza.  Wtedy to, nareszcie, było trochę ruchu, gdyż zwyczaj wymagał, by wszystkie niewiasty, zwłaszcza panny, zlać obficie wodą.  Domy wyglądały wtedy jak po bitwie, a taka zabawa bardzo dobrze wpływała na… apetyty uczestników!

W wielu domach wtorek po Wielkanocy był traktowany jako trzeci dzień świąt i goście spędzali większą jego część przy… suto zastawionym stole delektując się tym, co ze świąt zostało.

Czy ktoś jeszcze dzisiaj przestrzega tych tradycji?  Czy ktoś jeszcze dzisiaj tak je?

Wesołych Świąt!

Iwona Sikorska

Foto: Pensjonat Skalnity

Skomentuj

Prosze wpisz komentarz!
Wpisz Imie: