Teatr absurdu: człowiek z drabinką

0
309

Sceneria wieczorna. Blade światła ulicznych latarni. Półcienie i półświatła. Gołębie na dachach, zastygłe w napięciu i zdziwieniu. Jeszcze msza. A już szmer na Placu Zamkowym. Stylizacja polska, pełna historycznych aluzji. Miejsce naznaczone cierpieniem, a więc takie, które może być świadkiem tylko wielkich wydarzeń.

Wszędzie narodowe flagi, krzyże i różańce. Zapach kadzidła. Zdjęcia Lecha i jego małżonki. Czarne kiry. Matka Boska.

A jednak klękanie w katedrze, modlitwa i kwiaty nie wystarczą. Chwila jest dużo większa! Brakuje wieszcza, mędrca, kogoś, kto może nadać sens bolesnej rzeczywistości. I powiązać ją jakoś z historią.

Ani msza ani comiesięczne obchody Smoleńska nie są tak przejmujące, jak kulminacyjny moment uroczystości, kiedy mały człowiek, będąc w depresji, któremu wydaje się, że jest Piłsudskim, wdrapuje się na drabinkę i pluje na połowę narodu polskiego.

I nazywa to modlitwą.

Gdybym nie był Polakiem, a turystą z innego kraju, powiedziałbym: groteska. I to groteska raczej z poprzedniego stulecia, dzisiaj już mało zabawna, odgrywana na Krakowskim Przedmieściu, jako sekwencja filmowa, warsztaty parateatralne czy uliczna adaptacja jakiegoś odległego i mało zrozumiałego wydarzenia historycznego. Ale co ma powiedzieć Polak, który przysięga, że to wszystko dzieje się naprawdę?

Bez tego epizodu nie ma miesięcznicy. Trudno nawet sobie dzisiaj wyobrazić smoleńską katastrofę bez sylwetki Jarosława Kaczyńskiego, stojącego na jakimś podwyższeniu i rzucającego cień na zmęczone twarze Polaków. To również pomysł dla patriotycznego rzeźbiarza.

Zebrani “żałobnicy”, w tym funkcjonariusze państwowi i kościelni, niecierpliwie oczekują na tę chwilę, chociaż mówca za każdym razem powtarza to samo. Nie chodzi jednak o treść. Tę doskonale zna cały naród.  Dużo ważniejszy jest sam ceremoniał, który wyznacza, albo odgrzebuje  –  jeżeli ktoś woli, tradycję narodowej głupoty.

Naród natomiast, bezradny i upokorzony  –  a więc może przez to i cierpliwy  –  stoi zgodnie z nowym prawem w odpowiednim oddaleniu. Spokoju “modlących się” strzeże ponad dwa tysiące policjantów. Rozstawione barierki i płoty odgradzają “żałobników” od “barbarzyńców”; “prawdziwych Polaków” od “zdrajców”. Za wszystko płaci naród, który jest dodatkowo dyscyplinowany mandatami.

W jaki sposób można przekonać turystę z innego kraju, że to wszystko dzieje się naprawdę?

Absurd był zawsze atrakcyjnym tematem literackim, zwłaszcza szczególny jego rodzaj – ten uchodzący za normalność; idiotyzm, który nabrał cech zwyczajnej rzeczywistości. Rutyna bowiem, powtarzana z namaszczeniem i z ceremoniałem, nawet jeżeli jest skrajnie groteskowa, staje się przyzwyczajeniem i wreszcie koniecznością. Udekorowany w pompatyczną dostojność i powagę, absurd, trwa nieraz latami, a ceremoniał, który go przykrywa, nabiera charakteru spirytualnego. I w ten sposób staje się nie tylko obrządkiem, ale i przedmiotem przeżycia religijnego.

Miesięcznice mogłyby być wymyślone przez Haszka, Vonneguta, Orwella, albo Gombrowicza. Pewnie też przez Kafkę. Ale jaki pisarz mógłby stworzyć postać Kaczyńskiego? Jeżeli nie pisarz, to jaki naród?

 

 

foto: wawalove.pl

 

tekst ukazał się na portalu: studioopinii.pl

 

 

Dariusz Wiśniewski

Skomentuj

Prosze wpisz komentarz!
Wpisz Imie: