W PRL też mieliśmy sądy

0
612

Dla polskich obywateli, którzy cenią demokrację i poszanowanie prawa, nie ma większego znaczenia, kto bardziej zyska na ćwiartowaniu władzy sądowniczej; kto więcej wydrze – prezydent Duda, minister Ziobro czy większość parlamentarna. Skutek jest ten sam. Polski wymiar sprawiedliwości przechodzi w ręce władzy politycznej, tracąc niezależność i niezawisłość.

“Konstytutka” nie uratuje sądów, gdyż po kilku gwałtach straciła autorytet. Ani pilnujący jej Adrian, ani marionetkowy Trybunał nie mrugną oczkiem. Bruksela wprawdzie pogrozi palcem, ale nie ugryzie, bo nie ma zębów. Społeczeństwo oburzy się – jak zawsze. Świat pewnie też. Manifestacje i protesty były już wcześniej. I nic się nie stało. PIS już to zna; jest recydywistą nie tylko w łamaniu prawa, ale również w unikaniu odpowiedzialności. Przez ostatnie dwa lata rząd wraz z prezydentem odkryli, że można bezkarnie ignorować Konstytucję i nie stosować się do orzeczeń sądowych. A bezkarność zachęca do dalszych wykroczeń.

Poza tym, kto wymierzy nam sprawiedliwość, skoro to my (PIS) jesteśmy sprawiedliwością?

Jednolitość władzy nie potrzebuje więc tak bardzo przychylności opinii publicznej. Wystarczy jej totalna swoboda i moc. PIS już niemal tam jest. Pozostało tylko sądownictwo. Ostatnia jego część. I wtedy może rządzić przez dekady.

Analogia do PRL jest bardziej smutna niż efektowna. Wtedy też mieliśmy sądy. Polska komunistyczna nie potrzebowała Trybunału, a Konstytucja z 52 r. była zaledwie przykrywką. Decydował suweren – czyli wola proletariatu. Wypełniał ją PZPR. Też istniały kodeksy prawne i sądownicze procedury. Zapadały wyroki i można było się odwoływać. Podobnie jak obecnie, na szyjach urzędujących sędziów pobrzękiwały łańcuchy. Zachowane były powaga i pozór przestrzegania litery prawa. Sądy – jak głosiła propaganda wtedy i dzisiaj – miały służyć społeczeństwu i bronić obywatela przed niesprawiedliwością.

A jak było naprawdę?

O wszystkim decydowała partia. Oczywiście wtedy, kiedy było to dla partii ważne. Nikt w dawnym PRL nie wygrał na sali sądowej z przedstawicielem władzy politycznej. Wyroki – wiele z nich – były nieraz znane jeszcze przed zakończeniem postępowań. Rozprawy tylko dopełniały formalności. Każdy obywatel wiedział, że w razie konfliktu z władzą, lepiej być po “właściwej” stronie. Dobrze, jak się kogoś znało na “górze”. Lizusostwo, korupcja i nepotyzm obecne były na wszystkich szczeblach. Wśród sędziów i podsądnych. Sędziowie orzekali “po linii”, albo w ogóle. Bo chcieli przetrwać, żyć; robić zawodowe kariery, wyjeżdżać na wakacje za granice, mieć zapewnione studia dla swoich dzieci itd. Byli pod presją i wielu z nich poddało się. Uczciwi unikali zawiłych spraw. Sytuacja rodząca powszechny oportunizm i hipokryzję. I pogłębiająca nihilizm w społeczeństwie.

Welcome back.

Sądy na powrót stają się organem politycznym. Społeczne poczucie sprawiedliwości otrzymuje swój dawny, jarmarczny kontekst, w którym rządząca partia polityczna nie tylko definiuje sprawiedliwość, ale się w nią wciela. Obywatelowi i sędziemu pozostawia się ten sam wybór: każdy z nich może negocjować z władzą swój los, płacąc własną przyzwoitością.

Zmienia się więc pogoda na tę, którą pamiętamy, chociaż liczyliśmy, że nigdy do nas nie powróci. Ponownie będzie się opłacać być posłusznym. I ponownie nie będzie warto.

 

zdjęcie: crowdmedia.pl

 

tekst ukazał się na portalu studioopinii.pl

 

Dariusz Wiśniewski

Skomentuj

Prosze wpisz komentarz!
Wpisz Imie: